wołowinka na mózg

Moja rodzina przyjeżdża do mnie na święta. Tak się jakoś spontanicznie narodziła ta tradycja spędzania wigilii z moim tatą i moją macoszką, i bardzo ją polubiłam. Radość z ich wizyty jest tym większa, że jedzie do mnie również transport wołowiny, w tym tatara.

O wołowinę w moim biednym regionie trudno; nie stać mnie zresztą na serwowanie polędwicy wołowej na obiad. Było to danie, które pamiętam z czasów prosperity w mojej rodzinie. Bitki wołowe i tatar. Nie umiem wyjaśnić, jakim cudem ja – z trudem przełykająca danie mięsne w restauracji lub w gościach, która potrafi tygodniami jechać na jajkach, serze i sałacie – bez uczucia obrzydzenia, ba!, z wilczym wprost apetytem zajadam się surowym mięsem krowim okraszonym surowym jajkiem na dodatek.

Gdyby mi ktoś kazał zrobić wydmuszkę metodą „na tatusia”, czyli wyssać wnętrze wprost do ust, to idę o zakład, że skończyłabym z głową w muszli klozetowej. Nawet mój mąż – totalny mięsożerca, wielbiciel kaszanki i flaków – nie tyka tatara. A ja się cieszę na cztery porcje po 250 gram każda. Kilogram surowej wołowiny w moim brzuszku. Iście wigilijne danie!

*

Czasem jest po prostu pięknie. Siedzę i dziergam, tańczę z Nelką, organizuję w łóżku kino z mężem i wyglądam przez okno z poczuciem, że świat jest piękny. I nie ma to nic wspólnego ze zniknięciem wszystkich problemów, wygraną w totka czy odziedziczeniem gigantycznego spadku.

Kiedy indziej, i znacznie częściej niestety, szkoda słów.

Powoli przekonuję się, że to stan umysłu. Umiejętność świadomego pokierowania myślami. Myśli w rodzaju: „Co będę robić gdy wyschnie moje ostatnie źródełko” są wyniszczające. Myśli w rodzaju: „Jak będzie fajnie jak się nauczę tkać koralikami” są pokrzepiające.

Jak to ja – podeszłam do tematu metodycznie i natychmiast zaopatrzyłam się w książkę „Kto tu rządzi – ja czy mój mózg?” – „ojca neuronauki poznawczej i autora „Istoty człowieczeństwa”, który przedstawia argumenty przeciwko powszechnemu przekonaniu, że nasze życie jest w pełni zdeterminowane przez procesy fizyczne, a co za tym idzie – nie jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny.”

Czytam więc w nadziei, że więcej we mnie wolnej woli niż reakcji chemicznych.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

very boring story

Obejrzałam Love Story i z żalem stwierdziłam, że po ponad 40 latach z tego filmu broni się tylko muzyka, i to nawet nie cała ścieżka filmowa, tylko ten jeden najsłynniejszy motyw. W tym filmie prawie nie ma fabuły – to takie migawki na śniegu, relacje między bohaterami są sztuczne, przerysowane, kompletnie nieprawdziwe, a główna bohaterka – irytuje zamiast wzruszać. W jeszcze większe zdumienie wprawił mnie fakt, że ten film zdobył aż 7 Oscarów, w tym za najlepszy film, reżyserię i role pierwszoplanowe. Zadziwiające, zważywszy że dwa lata później wszystkie nagrody zdobył Ojciec Chrzestny. Między tymi dwoma filmami jest gigantyczna przepaść – ten drugi ogląda się po latach ani przez moment nie wątpiąc, że jest arcydziełem.
Ciekawe, czy to tylko mój odbiór, czy faktycznie film stracił na aktualności. A jeśli stracił, to dlaczego? Czy przez zmianę obyczajowości, współczesną wiedzę o psychologii? Nie umiem zupełnie znaleźć odpowiedzi na pytanie, co decyduje o tym, że niektóre filmy czy książki poruszają pokolenia, a inne po latach wydają się banalne i tandetne.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

prace ręczne

Moja mama zwykła mawiać, że powinnam się urodzić w XIX wieku w zamożnej rodzinie i całymi dniami haftować na tamborku. To fakt, od zawsze mnie ciągnęło do robótek ręcznych, tylko nikt w mojej rodzinie jakoś tych predyspozycji nie podsycał, a ja jestem (a na pewno długo byłam) typem potrzebującym aprobaty. Więc – zgodnie z panującym w rodzinie trendem – raczej czytałam książki.
Teraz jednak nie mam czasu czytać, bo po uszy tkwię w pracach ręcznych. Utkałam już pierwszy kilim, teraz pracuję nad dywanem strzyżonym. W międzyczasie ćwiczę haft karpacki, i przymierzam się do richelieu. Wczoraj ufilcowałam szal na jedwabiu, a dziś przyszła wełna – 35% alpaki!!! Wełna to moja miłość. Siedzę właśnie przed youtube i przypominam sobie oczka prawe i lewe. Będzie komin w kolorze indygo.
Mam całą głowę pomysłów, przydałaby się tylko robiąca na drutach babcia… A najlepiej taki babski zbór – jak przy darciu pierza. Siedzieć, wyszywać, tkać, dziergać i nie martwić się o nic. Uwielbiam.

A propos – ma ktoś wełnę dywanową z Kowar na zbyciu? Dawniej, w latach 80, można było dostać takie poplątane resztki tej wełny w worku i wydziergać z niej jakieś okrutnie gryzące skarpety. Mieliśmy w domu taki worek. Straszliwie by mi się dziś przydał, ale fabryka zbankrutowała.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

pacyfista

Najpierw przez tydzień małżonek robił obławę na szczura w garażu. Szczur zrobił sobie zapasy, które małżonek regularnie odkrywał i eliminował. Garaż świeżo posprzątany TYMI ręcami, więc wpuszczenie terierów stanowczo oprotestowałam. Stanęła żywołapka, raporty z braku postępów w polowaniu regularnie zdawane. W końcu się szkodnik złapał.
Mój mężczyzna wydał telefoniczne instrukcje, że mam się z tą żywołapką, jej lokatorem i Szelmą udać daleko na pole, otworzyć, zamknąć oczy i pozwolić Szelmie poćwiczyć zdolności łowieckie. Argument? On jest on utylizacji gryzoni martwych, ja – od żywych. Odmówiłam.
Po powrocie z pracy stwierdził jednak, że mu biedaka szkoda. Bo w sumie, to niech on sobie żyje, byleby nie w naszym garażu. Zawieźliśmy więc zwierzątko nad Wisłę, gdzie odzyskał wolność.

I za to właśnie uwielbiam mojego męża.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

niby śmiesznie, ale w sumie strasznie

Niebezpiecznie wydłuża się moja lista istot żywych do ukatrupienia, a moja pacyfistyczna jak dotąd natura ulega groźnym przeobrażeniom.

Zaczęło się od psa. Najpierw mi porwał w strzępy agrowłókninę na hortensjach wyrywając przy tym połowę krzaczków. Zabezpieczyłam je ponownie i włókniną, i siatką. Potem mi zjadł 35 pierniczków norymberskich upieczonych w prezencie dla całej rodziny. Wyrzucony na dwór za karę, ponownie rozwalił mi hortensje, a mężowi łopatkę do karmienia świniaków.

Dziś do szału doprowadził mnie katecheta. Nie mogę się za bardzo rozpisać w temacie, ale facet nie ma pojęcia o uczeniu dzieci a wiedza, którą przekazuje jest niedostosowana do wieku dzieci. Dość powiedzieć, że mi dziecko robi od miesiąca histerię na temat śmierci. A w zeszycie od religii golgoty, korony cierniowe, gwoździe i tym podobne atrakcje. Uznałam, że zamiast walczyć z wiatrakami, po prostu wypiszę ją z religii, póki mi ten kraj daje w ogóle możliwość wyboru. Chciałam pana poinformować grzecznie o powodach mojej decyzji. A ten poczerwieniał jak burak i powiedział, że właśnie zrezygnowałam z chrześcijaństwa. Po czym wszelkiej rozmowy odmówił.

Wobec powyższego jestem właśnie na etapie listu do proboszcza uzbrojona po zęby w ustawy i rozporządzenia. Oby się na tym skończyło. Bo jak usłyszę złe słowo na moje dziecko w tym temacie, to przysięgam, że nie ręczę za siebie.

W byciu z zewnątrz piękne jest to, że człowiek jest wolny. Nie łączą go żadne koneksje, zależności, sympatie, znajomi znajomych. Nie ma nikogo, komu trzeba lizać dupę. Tak, mam świadomość, że brak takiego zaplecza wiele utrudnia, bo niczego „po znajomości” nie załatwisz. Ale daje też ten cudowny komfort bycia sobą i w zgodzie ze sobą.

Ostatnia w kolejce do przerobienia na pasztet jest świnia. Bo wieczorem koncertuje, zamiast spać. Bo jej się własny kocyk nie podoba – jej się podoba kocyk Bagiry albo kolana Nelki. A rusz tylko drzwiami od lodówki – zewsząd usłyszy. Ostatnio popełniła kanibalizm, zlizując z podłogi kawałek pasztetu, ale nie wygląda na sfrustrowaną.

Wczoraj mi małżonek zapodał Labirynt w ramach wieczornej rozrywki. Prawie zeszłam na atak serca ze strachu, a potem pół nocy nie mogłam spać. Ale polecam – świetny thriller. Tylko że o porwaniu małych dziewczynek, więc w efekcie latem moje dziecko nie wyjdzie już samo na podwórko, chyba, że na wiosnę postawię mur i kupię sobie jeszcze dwie Bagiry plus kaukaza do pilnowania obejścia.

Muszę jechać na aerobik, żeby z siebie furię wypocić.

Ps. Jak sobie pomyślę, że katecheta traktuje wypisanie z jego lekcji religii za równoznaczne z apostazją, to jednak mi się nóż w kieszeni otwiera. Kto tych ludzi przygotowuje do uczenia? Jaką oni mają refleksję nad tym, czym jest chrześcijaństwo? Czemu nie można od Dekalogu zacząć? Od tego, ze cały świat jest dziełem Boga i jako taki zasługuje na szacunek? A więc zwierzęta, przyroda i wszyscy ludzie. Że Bóg bywa różnie nazywany – jest Jahwe, i Mahomet, i Budda, ale w istocie jest jeden? Że jest Miłością? Jak się przejawia Miłość? Co jest etyczne? Co jest moralne? Dlaczego nie można rozmawiać z dziećmi o tym właśnie? Zamiast tego jest czytanie Biblii z dosłownością ciemnoty rodem z głębokiego średniowiecza. Kartka podzielona pół: po jednej stronie Królestwo Ziemskie – żądza pieniędzy, żądza władzy i kłamstwo. Po drugiej – Królestwo Niebieskie – Golgota, krzyż, Jezus z dziurami na ciele i korona cierniowa. Moje dziecko NIC nie rozumie. „Ludzie są dobrzy, mamusiu, prawda?” – pyta mnie na dzień przed przyjściem Mikołaja. „Wy nie umrzecie, prawda?”. „Dla mnie wy jesteście ważniejsi niż Bóg, a ksiądz mówi, że Bóg jest najważniejszy”. I płacze. Płacze, zamiast obstawiać, co też jej Mikołaj przyniesie.

Tak wiem, że ona jest nadwrażliwa. I że pewnie połowa klasy wpuszcza jednym uchem, a drugim wypuszcza. Ale nie zmienię jej. Szanuję jej uczucia, widzę jak się boi, widzę, że myśli jej wędrują w jakichś strasznych kierunkach. Za wcześnie. O wiele za wcześnie.

Więc ja ją nauczę własnej religii. W mojej religii ludzie są z natury dobrzy. Ludzie się kochają. Ludzie są zdolni do olbrzymiej odwagi i poświęceń. W mojej religii ludzie mają prawo się różnić. W mojej religii ludzie są po to, aby budować dobry i piękny świat. Nawet jeśli mikroskopijny. W mojej religii Bóg jest dobry. Nawet jeśli w to nie wierzę, to bardzo chciałabym wierzyć. Amen.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy