o dyniach i samochodach

Co pewien czas przydarza mi się życiowe déjà vu, i na smutno, i na wesoło. Do tych radosnych momentów przeżywanych co kilka lat należy rytuał wybierania samochodu z moim mężem. Proces z reguły trwa dwa miesiące, podczas których spędzamy wieczory z nosem w necie analizując parametry techniczne i ceny różnych aut, przy czym pod koniec efekt zawsze jest taki, że wracamy do naszych ukochanych modeli, a ja niezmiennie obstaję przy Volvo XC70, nawet jeśli – tak jak teraz – wybieramy małego bzyczka na codzienne tłuczenie po wiejskich drogach.

Na skutek tych burzliwych dyskusji i wnikliwych analiz zostaje mi potem w głowie pogłębiona wiedza na temat określonych parametrów technicznych wybranych aut, czym raz na kilka lat wprawiam w osłupienie panów taksówkarzy, że „baba, a tak dobrze zna się na rzeczy!”

Prowadzona ostatnio rozmowa we Wrocławiu z przemiłym facetem, z którym utknęłam w półtoragodzinnych korkach, ponieważ akurat podróżowałam taksówką w ten jedyny dzień w roku, kiedy w moim mieście „zima zaskoczyła drogowców” miała bardzo zaskakujący obrót. Pan – wmurowany w fotel moją znajomością problemów technicznych z dieslowskimi silnikami o pojemności 1.6 i 2.0 w Volvo V50 – nie szczędził mi komplementów.

- Ależ to przesada! – odpowiedziałam skromniutko – Jeśli się w ogóle na czymś znam, to na uprawie dyń.

Uuuuuups. Pan okazał się pasjonatem hodowania gigantycznych warzyw. Moje prawie 70-kilowe dynie to był pryszcz przy jego zeszłorocznym okazie ważącym 250 kg! Nie ściemniał, bo korzystając z okazji, że więcej staliśmy niż jechaliśmy, wyciągnął tablet i uraczył mnie zdjęciami tego cuda. Następnie poinstruował mnie szczegółowo, jak mam poprowadzić tegoroczny warzywnik, poleciał zarejestrowanie się na forum ogrodniczym, a w uznaniu dla mojej znajomości boschowskich i siemensowskich pomp wtryskowych podarował mi osiem (!) ziarenek tej dyni giganta, które zakupił od amerykańskiego hodowcy. Obiecaliśmy sobie kontynuować tak miło rozpoczętą znajomość na forum.

Jestem zatem bojowo nastawiona do rozpoczęcia sezonu dyniowego. Amerykańskie giganty na mojej świętokrzyskiej ziemi! Jak jeszcze prezydentem zostanie pan, który urodził się jedną wieś dalej, to już w ogóle będzie tutaj Ameryka.

A wracając do samochodów, to póki co ważą się losy new beetla o mocy 150 KM z tiburonem. Małżonek początkowo prychnął na moje marzenie o new beetlu, ale jak przeczytał na forum, że 99% facetów kupujących to cudo swoim żonom, potem im je zabiera, bo tak świetnie się prowadzi, żuczek jest nadal w grze.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

Polska kontra Pan T.

Nie ukrywam, że ze zgrozą obserwuję to wszystko, co dzieje się wokół pana Trynkiewicza. Ta masowa histeria powoduje, że ludzie – najczęściej oczywiście politycy i dziennikarze – zapędzają się w oskarżeniach, apokaliptycznych wizjach i języku, jakiego używają wobec siebie nawzajem i zainteresowanego.

 

Męczy mnie to, że tak niewiele uwagi poświęca się w tej sprawie rzeczom naprawdę ważnym. Moim zdaniem powinniśmy więcej rozmawiać o tym, dlaczego pan Trynkiewicz nie został przez te 25 lat poddany żadnej terapii / resocjalizacji, a jedyną osobą wypowiadającą się na temat jego psychiki jest pani psycholog, która badała go 23 lata temu! 23 lata temu! A od tamtego czasu – co? Przecież ludzie się zmieniają, starzeją, dojrzewają. Jaka jest wiedza psychologów / psychiatrów / seksuologów o tym przestępcy dziś? Dlaczego społeczeństwo nic na te temat nie wie?

Po drugie, media milczą o tym, co się stało, że psychika tego człowieka została tak wypaczona. Jak bardzo był skrzywdzony jako dziecko? Na czym polegało jego nieszczęście? Kto zrobił mu krzywdę? Kto zrobił krzywdę temu, kto krzywdził jego? Zero informacji prócz frazesu, że „miał trudne dzieciństwo”. Pod szyldem „trudne dzieciństwo” mieści się zarówno lanie pasem na goły tyłek za dwóję w dzienniczku jak i regularne gwałcenie, bicie i przetrzymywanie w ciemnej piwnicy.

A mnie się wydaje, że to klucz to zapobiegania takim dramatom w przyszłości. Czy człowiek rodzi się bestią? Może gdyby zespół specjalistów przeprowadził dogłębną analizę uwarunkowań, które prowadzą człowieka do wyrządzania takiego zła, moglibyśmy – jako państwo – lepiej chronić dzieci i młodzież, którym dzieje się straszna krzywda, przed samą krzywdą oraz jej dramatycznymi konsekwencjami.

Obserwujemy leczenie objawowe – co lekarz, to inna terapia, a wszystko ad hoc i na ostatnią chwilę, bo pacjent zaraz wykituje. Jak zwykle brakuje holistycznego spojrzenia na sprawę. A przecież każdy skutek ma swoją przyczynę. Gdyby jej zapobiec, nie byłoby skutku.

Żeby było jasne – nie jestem Matką Teresą i nie uważam, że pan Trynkiewicz powinien chodzić wolno po tym świecie. Ale uważam, że nasze państwo – od Sejmu, przez Kancelarię Premiera, prokuraturę po media – wyrządza mu jeszcze większą krzywdę, a co za tym idzie również nam. Materiały pornograficzne w monitorowanej celi na dzień przed zwolnieniem? To się prosi o sejmową komisję śledczą. To śmierdzi straszliwie cyniczną prowokacją. Ustawa „o bestiach”, która utyka na trzy tygodnie na premierowskim biurku? Z tego co pamiętam, jak trzeba było położyć łapę na milionach z OFE, to ustawa weszła w życie dzień po podpisaniu przez prezydenta. To się prosi o demontaż całej władzy wykonawczej. A do tego dochodzą te wszystkie pytania o skuteczność służby więziennej, procesu resocjalizacji, wydawanie pieniędzy podatników na … – no właśnie na na co?,  o kompetencje dziennikarzy.

Strach zasiać – najłatwiej. Znaleźć rozwiązanie, myśleć perspektywicznie, planować długofalowo i działać w dobrej wierze na rzecz ludzi, szerzyć wiedzę o skutkach zaniedbań i krzywd w dzieciństwie, znaleźć winnych tego, że pan Trynkiewicz pracował w szkole (sic!) – jest dużo trudniej. Właściwie to jest ponad siły naszego systemu rządzenia państwem.

Z resztą – jakiego rządzenia! Właściwie dopiero dziś widzę jak na dłoni ten bezwzględny cynizm naszej klasy rządzącej. Dorwali się do stołków i śmieją nam się prosto w twarz.

A na koniec – gdzie jest miłosierdzie? Katolikami jesteśmy, prawda? Ale dla przypomnienia Miłosierdzie to ” aktywna forma współczucia”. W duchu katolickiego miłosierdzia żądamy kary śmierci? W duchu katolickiego miłosierdzia nazywamy człowieka „bestią” i „potworem”? Coś chyba nie-halo.

Opublikowano Bez kategorii | 23 komentarzy

powroty

Tadam! Cała trasa z Wrocławia do P przejechana własnoręcznie przeze mnie w cztery i pół godziny, co jest wynikiem nieco tylko gorszym od wyniku małżonka. Schudłam, a jakże! Odwodniłam się, a jakże, ale po dwóch latach od zdobycia prawa jazdy WRESZCIE to zrobiłam. Teraz jeszcze tak z pięć razy muszę ją przejechać z chłopem u boku aby nabrać pewności, że zdołam ją pokonać sama.
Dawniej było mi smutno, gdy wracałam do Wro z wakacji czy weekendowych wypadów. Teraz, powroty do domu są radosne. „Nareszcie w domu” mruczę pod nosem. I nie przeszkadza mi, ze na podwórku jest potop. Ani że w domu jest 15 stopni, bo w piecu niepalone. Nic mi w moim domu nie przeszkadza.
To miłe uczucie – tak się co pewien czas przekonywać, ze się naprawdę posłuchało głosu serca a nie jakiegoś chwilowego zaburzenia świadomości i wybrało w zgodzie z sobą, pomimo wszystkich trudności, jakie się z tym wyborem wiążą.
Zresztą, jest jeszcze druga strona medalu. Sytuacja na froncie rodzinnym trudna, ujmując rzecz najłagodniej. Gdybym tam nadal mieszkała, znowu uginałabym się pod brzemieniem oczekiwań; w zależności od dnia byłabym mediatorem, opiekunką, chłopcem do bicia albo ostatnią deską ratunku. Te 400 kilometrów działa jak bufor. Staram się wypełniać swoje obowiązki, bo taką mam naturę / potrzebę, ale działanie z własnej woli to coś całkowicie innego niż działanie pod presją.
Chyba przyszedł ten czas, kiedy człowiek musi się mierzyć z chorobami, śmiercią i samotnością swoich najbliższych. Wolałabym, żeby przyszedł później, stopniowo i po kolei, jak wymyśliła natura. Ale tak nie jest, więc powoli – bardzo powoli i opornie – oswajam się z myślą, że muszę sobie z tym poradzić. Wolałabym, żeby nas tego uczono w szkole. Opieki nad starszymi i samotnymi, radzenia sobie z chorobą, starością i odchodzeniem, radzenia sobie z własnym bólem, wyznaczania granic, żeby chronić własne zdrowie psychiczne. A tak – trzeba działać po omacku, uczyć się na błędach. Problem w tym, że to są błędy nieodwracalne – nie można ich naprawić, zadośćuczynić, bo już nie ma komu.
Dlatego jestem taka milcząca, nie umiem jeszcze uporządkować własnych myśli i uczuć, uciekam w zajęcia fizyczne bo pisanie = myślenie a myślenie bywa bolesne.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Pan Promyk

Pojechałam z Małą na ferie do Wrocławia. Naładować akumulatory.
Pociąg relacji Lublin- Wrocław, klasa pierwsza, bo bałam się, że zamarzniemy w przedziale (ugotowałyśmy się). Na Śląsku wsiadł Pan. Nie jestem typem gadającym z pasażerami, zazwyczaj wożę ze sobą słuchawki, żeby wyłączyć się z rozmów o pogodzie. Ale z Nelką się nie da. Grałyśmy więc w Dobble, gadałyśmy, a nasz współpasażer niebawem się do nas przyłączył. A że był zabawny i otwarty, kupił sobie moje dziecko po pięciu minutach wspólnej podróży. Po niespełna godzinie wiedział już, że matka jest śpiochem i leniem, i że chodzi po domu w zielonej masce na twarzy (papla).
Rozmawialiśmy o mojej przeprowadzce na wieś, o jego pracy, o podróżach, o naszym myśleniu o tym, co ważne, o ludziach, o szkole, o dzieciach, o zwierzakach, i o Meryl Streep. To było łatwe i bardzo przyjemne, bo choć żyjemy w kompletnie innych światach, na wiele spraw patrzymy podobnie. Poczułam, że świat jest naprawdę bardzo mały, kiedy spojrzeć na niego przez pryzmat pewnych prostych wartości.
Po godzinie do przedziału weszła pani, spojrzała na mnie, spojrzała na Pana, dostała spazmów, zaczęła bełkotać trzy po trzy i obdzwaniać całą rodzinę i znajomych.
We Wrocławiu wysiedliśmy i pożegnaliśmy się.
On mnie już pewnie nigdy nie zobaczy; ja nadal będę oglądać każdy film z jego udziałem i dziękować losowi, że miałam przyjemność spędzić cztery godziny z jednym z najwybitniejszych aktorów naszych czasów.

Wśród tych wszystkich okropności ostatnich tygodni, nareszcie jakiś przyjemny prezent od losu.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

2014

Miałam w Nowy Rok tylko jedno życzenie – żeby w tym roku nikt z bliskich lub znanych mi osób nie umarł. Ta myśl przyszła do mnie po raz pierwszy zamiast wielkich planów, rezolutnych postanowień i marzeń. Cały dzień myślałam wyłącznie o tym, że jestem już w wieku, kiedy wszyscy ludzie, których znam od dziecka wchodzą w wysokie prawdopodobieństwo odejścia. I że lepiej już nie będzie. Z każdym kolejnym rokiem to prawdopodobieństwo będzie rosło, więc jeśli zdarzy się taki rok, w którym nie będę na żadnym pogrzebie, to będzie dobry rok.
No i właśnie umarła Babcia mojego męża.
Tak, dożyła bardzo sędziwego wieku – w sobotę skończyłaby 96 lat. I – tak – nie byłam jej fanką, jeśli mam być szczera. A jednak boli. Boli bo to ciągle coś, czego mój rozum nie ogarnia: było życie – nie ma życia. Boli, bo potrafię dziś współodczuwać z moją teściową: wiem już, jak to jest stracić mamę.
I boli, bo … Gdy umierał Dziadek, w którego domu mieszkam, siostra mojego męża była w ciąży. Dwa miesiące później pojawiło się nowe życie. Dziś umarła Babcia i ta sama siostra znowu jest w ciąży i za chwilę pojawi się nowe życie. Kwintesencja cykliczności. Co się narodziło – musi umrzeć. Cała tajemnica życia. Banalna, jak się tak głębiej zastanowić. Niewiele różnimy się od kwiatów. Lecz w przeciwieństwie do nich straszliwie się w tym naszym życiu męczymy, zamiast po prostu pięknie kwitnąć.
Przyjmując taką perspektywę, tysiące rzeczy traci na znaczeniu. Na przykład status społeczny, o którym długo rozmawiałam z tą dziewczyną z mojej szkoły, która dwa miesiące temu straciła narzeczonego. Próbowała mnie przekonać, jakie to przyjemne, gdy wchodzisz do modnej knajpy i masz tak znaną twarz, że z miejsca znajduje się dla ciebie stolik. Gdy nie musisz płacić za drinki. Gdy na oczach anonimowego tłumu ktoś ze znanym nazwiskiem i kilkuzerowym stanem konta bierze cię pod ramię i wprowadza na salony. Ja z kolei próbowałam jej powiedzieć, że w kontekście kruchości ludzkiego życia te sprawy nie mają najmniejszego znaczenia. Powinniśmy być wdzięczni wyłącznie za to, że uda nam się przez tę krótką chwilę kwitnienia doświadczyć parę dobrych uczuć typowych ludziom. Gdy się głębiej zastanowić, nic innego prócz miłości, bliskości, przyjaźni i radości się nie liczy. I to mnie zasmuca, gdyż większość życia spędzamy jednak nie na pielęgnowaniu tych uczuć, ale na realizowaniu ambicji, celów, pokonywaniu poprzeczek, wiązaniu końca z końcem i konsumowaniu. Jakbyśmy byli wieczni.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy